Komu powinno być wstyd

Według słownika wstyd to emocja wywołująca zespół wręcz fizjologicznych reakcji organizmu, takich jak rumieniec lub nagłe osłabienie organizmu, pewne znamienne działania (np. ukrycie się) i przykre myśli typu „jestem głupi”, „co inni o mnie pomyślą”, które mogą być nawet źródłem zaburzeń depresyjnych.
O wstydzie mówi się jako o bolesnym przeświadczeniu o własnej ułomności, która wyszła na jaw, a także o jego związku z ochroną ludzkiej godności. Wstyd może być zdrowy lub toksyczny. Ten toksyczny zniewala, subiektywnie odczuwany jest jako wszechogarniające poczucie własnej niedoskonałości. Sprawia, że czujemy się bezwartościowi, przegrani. Zdrowy natomiast pozwala nam zachowywać się odpowiednio w danej sytuacji i miejscu, przestrzegać pewnych norm i wymogów.
Dla niektórych wstyd jest najgorszą rzeczą, jaka może ich spotkać. Bardziej obawiają się go niż rozczarowania, zawodu czy nawet bólu. To dlatego, że wymienione emocje przeżywamy sami. Wstyd natomiast oznacza, że ktoś ocenia nas z zewnątrz i na tę ocenę w ogóle nie mamy wpływu. Po obejrzeniu doskonałej sztuki w Teatrze Współczesnym w Warszawie pt. Wstyd wyreżyserowanym przez Wojciecha Malajkata na podstawie sztuki Marka Modzelewskiego w głowie pojawiają się nam pytania: do czego może doprowadzić uzależnienie swojego samopoczucia od oceny innych? Czego powinniśmy i możemy w życiu się wstydzić? Czy faktycznie są to powody do wstydu i kto właściwie powinien się wstydzić w danej sytuacji?
A konkretnie kto powinien się wstydzić, kiedy jedno z pary narzeczonych w dniu ślubu wycofuje się i zostawia partnera samego przed ołtarzem? Czy ten, kto został porzucony, czy raczej ten, kto porzuca? A może przede wszystkim rodzice tych dwojga – bo dzieci wystawiły ich na pośmiewisko po tym jak wydali olbrzymie sumy na zorganizowanie wszystkiego – począwszy od kupna sukienki, skończywszy na wystawnym przyjęciu weselnym. W spektaklu „Wstyd” na scenie dochodzi do konfrontacji właśnie tych ostatnich – rodziców pana młodego, który w dniu ślubu postanowił się wycofać i zrezygnować z małżeństwa i rodziców panny młodej, która w ich mniemaniu została wystawiona na pośmiewisko.
Cała czwórka aktorów występujących w tych rolach pokazuje prawdziwe mistrzostwo w odgrywaniu emocji, które nimi targają. Jacek Braciak, Izabela Kuna, Agnieszka Suchora i Mariusz Jakus grają wspaniale – to aktorstwo z „najwyższej” półki i warto pójść do teatru, żeby zobaczyć ich talent na scenie. Są przy tym tak realistyczni w swoich kreacjach, że jesteśmy w stanie zapomnieć, że to tylko teatralne role, a nie ich prawdziwe oblicza. Przez to śmiejąc się chwilami do łez, w tyle głowy czujemy przerażenie i obrzydzenie do tych przecież cywilizowanych ludzi, którzy zachowują się poniżej wszelkiej godności, z miłych rodziców państwa młodych przemieniających się w ludzi pełnych skrywanych tajemnic, kompleksów, niszczących emocji, zawiści i bardzo złych intencji. Najbardziej przeraża nas to, że przecież te sceny są tak naprawdę z życia wzięte.
Świetnie pokazana jest różnica w nieco chłodniejszym podejściu do problemu przez panów i z drugiej strony bardzo emocjonalnym zachowaniu pań. W końcu powoli wszystkim puszczają nerwy i początkowo zabawne gry słowne i sytuacyjne przestają być śmieszne a stają po prostu przerażające. Okazuje się, że w momencie tak silnego stresu, pod wpływem prawdziwie wybuchowej mieszanki uczuć – rozżalenia, rozczarowania, zdumienia, szoku i przede wszystkim wstydu – można po prostu stracić całkowicie zdrowy rozsądek, żeby nie rzec wręcz: rozum.
Co najgorsze, w tym wszystkim gdzieś zupełnie nikt nie myśli o przyczynach nagłej decyzji niedoszłego pana młodego i o tym, czy przypadkiem nie stoi za nią zachowanie jego partnerki. Czy nie od tego należałoby zacząć? Patrzymy na cztery silne osobowości na scenie i w głowie pojawia się nam pytanie: gdzie są ci nieszczęśni młodzi? Czy hektolitry zakupionej wódki, półmiski przekąsek, zamówiona orkiestra, no i goście, którzy przyjechali na wesele, a teraz zapewne szepcą i chichoczą po kątach, są ważniejsi od czyichś uczuć? W końcu też przychodzi do głowy taka myśl: czy większym wstydem jest odwołanie ceremonii ślubnej przez młodych czy też raczej skandaliczne zachowanie ich rodziców?
Jednak tutaj nie tylko o wódkę i gości przecież chodzi. Ale o coś dużo więcej. O różnice w statusie społecznym, wykształceniu, sytuacji materialnej, poziomie życia. Ten wstyd ma podłoże dużo głębsze niż wydaje nam się na początku. W związku z tym naprawdę nie jesteśmy w stanie przewidzieć jak skończy się ta awantura i kto odniesie najgłębsze rany.
Mistrzowskie kreacje aktorskie, świetna scenografia, która przenosi nas na zaplecze sali weselnej wypełnione różnego rodzaju dobrami kulinarnymi, w tle weselna muzyka. Wszystko to sprawia, że „Wstyd” to jedno z takich dzieł sztuki teatralnej, które udowadniają jak bardzo potrzebna i ważna jest rola teatru jako zwierciadła naszych bolączek, wad i ułomności. Przedstawienie „Wstyd” pokazuje nam jasno i bez ogródek jak malutcy są ludzie, jak niskie pobudki nimi kierują, jak bardzo potrafią być fałszywi. Sztuka jest oczywiście bardzo zabawna – każda z ról ma spory potencjał komediowy i artyści doskonale to wykorzystują – a my najchętniej śmiejemy się przecież z naszych własnych wad powiększonych do słoniowych rozmiarów na scenie. Obyśmy tylko nie zapominali o wyciąganiu odpowiednich wniosków.
„Wstyd”, Teatr Współczesny
Zdjęcia pochodzą ze strony Teatru Współczesnego w Warszawie